Zakładki:
*
Kategorie: Wszystkie | codzienne bazgroły | kulinaria
RSS
czwartek, 19 lipca 2007
welcome back, ms. pirania
wszystkich tych, którzy kibicowali mi jeszcze jako pani piranii, oraz innych tego bloga czytaczy zapraszam tom, gdzie zostało moje alter ego, czyli na pirania.blog.pl
nie ma potrzeby się ukrywać przed światem, a chyba jednak pirania to ja.
"
I'm a bitch, I'm a lover
I'm a child, I'm a mother
I'm a sinner, I'm a saint
I do not feel ashamed
I'm your hell, I'm your dream
I'm nothing in between
You know you wouldn't want it any other way"
20:59, maggieflowers
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 lipca 2007
lazy summer Saturday
sobota zaczęła się rozkosznie bo od Garfilda na dziś, wiele mówiącego: <a href="http://www.arcamax.com/pic/35249/447340" target="_new">po Garfielda klikać tu</a>
i maila od pana 4P z odpowiedzią na podchwytliwe pytanie.
a potem 4-5 godzin spaceru przez miasto, sola y luego y mi amigo. I nawet sobie w ramach tego całego window-shoppingu nabyłam słowniczek polsko-espa
ñol. i doskonałe lodu na Nowomiejskiej polecone przez <a href="http://malotraktorem.blox.pl" target="_new">Bo</a>. I z tym samym Bo pizza w Quattro zapita 3 karafkami białego mołdawskiego winka, ktore dobrze schłodzone piło się jak woda.
po powrocie do domku czekał na mnie koleny miły, coć krótki correo electronico. i parę epizodów CSI do obejrzenia, w towarzystwie filiżanki (ogromniastej) chłodnej już herbaty i wiśni.
środa, 11 lipca 2007
pinpricks
Husbando wciąż mailowo wbija szpile. próbuję olewać, ale wciąż mnie to gryzie. na pociszenie cytat z wywiadu z Shinead O'Connor: Jeśli próbujesz zmienić swoją osobowość, tylko po to, żeby kogoś zadowolić, to możesz tylko zgorzknieć. Bo i tak nigdy ci się to nie uda.
20:40, maggieflowers
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 lipca 2007
this love has taken its toll, she said goodbye too many times before...
niedawno na wybiórczej pojawił się artykuł o osobistych odtwarzaczach mp3, że z własną muzyką w uszach nawet toaleta na dworcu centralnym mniej śmierdzi. o czym może w nieco innych, bo łódzkich, okolicznościach przyrody się dziś przekonałam słuchając maroon-5 a potem pani Vegi jadąc na uczelnię w zimnej i nieprzyjaznej człowiekowi aurze. powinnam prawdopodobnie podejść do sprawy bardziej ambitnie i np słuchać mptrójek z hiszpańskim albo mniemieckim, albo jakimś samodoskonaleniem, ale co tam!
wspólny plan z panem 4P zakiełkował i wyrósł młodym kiełkiem w postaci idei spotkania się przy okazji jego wizyty w Kolonii. może nie jest to aż TAAAAAAAAAAK romantyczne, ale, darowanemu koniowi itede.
moja pod-świadomość nocna płata mi brzydkie figle, najpierw umieszczając mnie w domu uciech dla pań, w objęciach męączyzny o  orientalnej urodzie, który dokładnie nadzwyczaj wiedział JAK sie ze mną obchodzić (co z tego, ze wiedziałam, że to płatna usługa) a potem w tym samym przybytku wysyła mnie do tak zapyziałej toalety, że ta na wspomnianym DC się umywa. od czego wszelkich amorów się odechciewa w pół gwizdka.
z rzeczy obejrzanych: Shrek the Third, dobry do masażu brzucha, aczkolwiek już nie to co ten orginalny... jedyny plus, nie zrobiłam sceny, jaką robię zawsze na shreku 1 i 2, czyli nie roniłam rzewnych łez.
niedziela, 08 lipca 2007
spilled the beans
no i stało się. poddałam propozycję panu 4P.
PS. LaPtok wciąż na chorobowym :-(

06:27, maggieflowers
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 lipca 2007
pissed off
wkurzona, jak zwykle na komputer. który przywrócic ustawien z dyskow fabrycznych nie chce, a na windę (ORGINALNA!!!) sie krzywi, i mowi, ze nr licencji mu sie skurczybykowi nie zgadza. no qwa tragediaaaaaaaaaaaa........
najgorsze jest to ze wlasnie przepieprzylam pol dnia, totelnie bezowocnie, probujac cos zdzialac. gr. grrr.

21:21, maggieflowers
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2007
bad habits or addictions
no i mnie się dostało. do opowieści o nałogach własnych zmusiła mnie pani issue. to ja na wstępie poproszę dwie osoby co u mnie bywają, żeby też się przyznały do swych nałogów: malotraktorem i amparo :-) moje nałogi: 1. zakupy. ciuchowe w kilku ulubionych ciucholandach. kosmetyczne. ostatnio również wirtualnie (bo jeszcze nie urzeczywistnione) elektroniczne. 2. sprawdzanie poczty elektronicznej, z częstotliwością co 5 min. w oczekiwaniu na wyczekany list od 4P (to dość świeży nałóg, poprzednio było sprawdzanie poczty od innych mężczyzn). 3. odkładanie na później. zwłaszcza, jak już termin goni, ja zawsze znajdę sobie z 10 ciekawszych, mniej stresujących, mniej wymagających uwagi zajęć, które odciągną moją uwagę od sedna. 4. e-mule. no comments needed. 5. serial CSI Las Vegas, oglądany hurtowo, w celach naukowych - dla niezapomnienia języka. 6. zamartwianie się. i kontrastowo: przedwczesne ekscytowanie się na rzecz rzeczy jeszcze niepewnych i mglistych w zarysie. 7. dążenie do kontroli nad wszystkim. nigdy się nie udaje i jest wieczną przyczyną frustracji. z innej beczki. dziś udało mi się załatwić sobie badanie usg za friko. i to nie biednego misia czy blądynkę ale na yntelygencję i erudycję :-) a przynajmniej na miejsce pracy. abrakadabra na dziś: artefakt.
22:10, maggieflowers
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 lipca 2007
slowly but surely...
rozmowa z firmą farmaceutyczną poszła w miarę. oczywiście, zbłaźniłam się z pewnością na całego, odpowiadając na bzdurne pytania w typie "Where do you want to be careerwise in 5 yrs time?" albo "What value can you add to our organization?". Jeśli dojdzie co do czego, tzn zgodnie z zapowiedzią raczą do mnie zadzwonić za 2 do 6 tygodni, być może zamiast wakacji czeka mnie kurs GCP (1500$, ah, jak dobrze mieszkać u rodziców i zarabiać pieniążki, nawet cena mnie nie przeraża... zwłaszcza, że możliwe jest częściowe dofinansowanie). rozmowy w tłoku z Eli, Il i Anchois utwierdziły mnie w postanowieniu by mimo wszystko przeć w tym kierunku, bo doświadczenia "w nauce" żadna poważna firma nie będzie traktowała poważnie jak już za rok czy dwa powiem, że ja się habilitować nie będę, wała.
po tym jak już mnie zatchnęło z braku roboty (bo przez pewien czas jak narkoman w ciągu byłam, z jednego upiora[rysunków] w drugi[tłumaczenie indeksu do katalogu] wpadłam, więc jak już w czwartek nic nie musiałam robić przy użyciu monitora i klawiatury to aż mnie zdziwiło) zaczęłam się przyzwyczajać do tej dziwnej sytuacji. nareszcie mam czas egoistycznie dla siebie. przynajmniej chwilowo, bo wkrótce powinnam zacząć myśleć o nadchodzącym roku akademickim, niestety. no i jeszcze od środy dojdzie mi kurs hiszpańskiego, ale to już z dziedziny przyjemności dla siebie :D.
warunki pogodowe niestety nie pozwalają mi chwilowo na realizację planów ambitnych pt. jeżdżenie na uczelnię na rowerze, bo raczej nie chciałabym prezentować się studenctwu jako doktor-z-rzeczywiście-mokrą-głową na przykład. chociaż jak na złość, jak już na uczelni siedzę, to za oknem się przeciera i nawet słoneczko świeci, gr.
jak tylko pan 4P w końcu przestanie podróżować i zacznie na maile regularniej odpowiadać to może w końcu zdobędę się na odwagę by zasugerować "przypadkowe" spotkanie wakacyjne we Florencji. bo taki romans under the Tuscan sun mi się z lekka marzy... wydaje mi się, że nadal nie chcę nic na stałe trwale i na wieki wieków, ale poromansować i poflirtować niezobowiązująco, czemu nie? jeśli się okaże że pan 4P bardziej odporny jest na zwariowane pomysły niż ja, wtedy zawsze w odwodzie zostaje wizyta u kuzyna na granicy Szkocji i Anglii, albo wspomniany wcześniej kurs przygotowujący do pracy...

11:03, maggieflowers
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 czerwca 2007
mood improvers
balsamem na duszę kobiecą najlepszym są nowe buty. zwłaszcza, jeśli idą w parze z nową bielizną :-)
czuję się dziwnie przez całe jedno popołudnie nie mając nic do zrobienia. oprócz najprostszych prac domowych... typowy syndrom odstawienia: nerwowa coś jestem, miejsca sobie nie umiem znaleźć - chyba popadam w pracoholizm.
no i jeszcze takie pytanie: czy kolorowa bielizna to nadal BIELizna?

16:43, maggieflowers
Link Komentarze (2) »
środa, 27 czerwca 2007
messed up in my head
oddcycham głęboko, chociaż wciąż na biegu. nie mam czasu cieszyć się nadmiarem czasu dla siebie. zaraz jak tylko jakiś mi się pojawi, natychmiast pojawia się zajęcie do wypełnienia luki w czasoprzestrzeni. samotność, co dziwne, nie boli. doświadczenie pokazuje, że trzeba chwili poza związkiem, momentu z samą sobą, żeby zobaczyć swoją drogę i swój cel. a miłość przyjdzie do tych co kochają siebie i życie.
i jeszcze: popłakałam na filmie z nieszczęśliwą miłością (Shi Gan), pomyślałam nad życiem (ale zaraz mi przeszło), skończyłam jedną upierną robotę i wpadłam w kolejną, dowiedziałam się z czego będę męczyć studentów w przyszłym roku, umówiłam się romantycznie na kawę (niewypał, po części przynajmniej). bah.
i jeszcze sama siebie przeszłam soląc sobie kawę. dwukrotnie. pod rząd.

20:14, maggieflowers
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4